Juliusz Krzyżewski

„Nie straszcie mnie śmiercią. Ja się śmierci nie boję,

gdy zasypiam co nocy rozdarty na dwoje;

kiedy jedno daleko i drugie daleko,

oczu mych odbicia noc przykrywa powieką...”

Image
 Zdjęcie pochodzi z:
Poeci Walczącej Warszawy
"Ranni różą"
(Miniatura ukazała się w 50. rocznicę Powstania Warszawskiego i pod
patronatem Prezydenta Warszawy)
Wybór i opracowanie: Andrzej K. Waśkiewicz;
s. 368; data wydania: 1994 r. 82 x 122 mm

    Pisał w wierszu warszawski powstaniec i poeta Juliusz Krzyżewski. Wspominając kolejną rocznicę dramatu walczącej stolicy, warto przypomnieć tragiczną postać Juliusza Krzyżewskiego. Ten niesłusznie zapomniany poeta ma również związek z naszą miejscowością. Urodził się w Łomży 21 stycznia 1914 r.
Jego ojciec, Bohdan Krzyżewski, chorąży 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego zginął 17 maja 1919 r. w czasie walk pod Ołyką. Chłopca wychowywała matka, Anna. Uczył się w korpusie kadetów, w konwikcie pijarskim w Krakowie. Egzamin maturalny zdał w III Gimnazjum Miejskim w Warszawie. Debiutował w „Kuźni Młodych” w kwietniu 1935 r. Drukował też w „Skamandrze”, „Jutrze Pracy”, „Kurierze Literacko-Naukowym”. Pracował w Polskim Radiu jako inspektor audycji. W czasie okupacji Juliusz Krzyżewski znalazł się w Chełmku i podjął pracę w fabryce obuwia. W 1944 r. jako żołnierz Armii Krajowej brał udział w powstaniu warszawskim. Pełniąc funkcję zastępcy dowódcy plutonu, walczył na Woli, potem na ulicy Stawki i na placu Teatralnym. Zginął 26 sierpnia 1944 r. trafiony w czoło przez snajpera. Dla nas szczególnie frapującym fragmentem biografii poety są jego związki z Chełmkiem. Będziemy wdzięczni szanownym czytelnikom za wszelkie informacje o pobycie Juliusza Krzyżewskiego w naszym mieście. Prezentujemy kilka utworów zamieszczonych w antologii Jana Marxa pt. Dwudziestoletni poeci Warszawy. Wydawcą książki jest Alfa – Wero. W 1978 r. ukazał się wybór wierszy w opracowaniu Piotra Mitznera, ze wstępem Jarosława Iwaszkiewicza. Polecamy również stronę internetową z utworami Baczyńskiego, Gajcego, Krzyżewskiego http://requiem44.blog.onet.pl/1,CT31883,index.html

 

Artykuł zaczerpnięty z sierpniowego numeru "Echa Chełmka" z roku 2005
Serdecznie dziękujemy za pomoc w uzyskaniu materiałów o poecie Ani (Satu) twórczyni bloga poświęconego walczącym poetom.

 

Przedmowa Jarosława Iwaszkiewicza zamieszczona w tomiku poezji Juliusza Krzyżewskiego wydanego przez PIW w 1978

Może dobrze się stało, że wiersze Juliusza Krzyżewskiego przeczekały te trzydzieści lat i przychodzą do czytelnika polskiego w momencie, kiedy znużony on jest cudactwem formy i w gruncie rzeczy pewną pustką treści poezji dzisiejszej. Mam takie wrażenie, że Amor poezji spragniony jest w tej chwili tego bezwzględnego romantyzmu, jaki był charakterystyczny dla młodego poety, który poległ w powstaniu warszawskim. Jest on jedynym z tych archaniołów gniewu i żalu, którzy odlatując z pola bitwy stworzyli ów osobliwy Olimp poetów-rycerzy, jaki jest przedmiotem adoracji młodszych pokoleń.
"Literatura romantyczna, zwłaszcza polska - powiada Witold Zalewski - uczyła nas czasem współczucia, czasem podziwu dla tak doświadczonego bohatera, ale jednocześnie wymagała od czytelnika najgłębszej akceptacji wewnętrznej i solidaryzowania się ze sprawcą, wobec której ów bohater stawał << skazany na wielkość>>. Twórca romantyczny nie podawał w wątpliwość istnienia tego mitu wartości wyższej." 
Ale też trzeba sobie zdawać z tego sprawę, że nie wskakiwał do tego "nieba" jednym skokiem, że na ten Olimp dostawał się z trudem i pełnej świadomości ani swojej drogi, ani swego "miejsca pobytu" nie miał. To my dzisiaj wiemy, dokąd oni dążyli, jaką drogę wybrali   (czy może los za nich wybrał?) i w którym niebie przebywają.
To, że przez lat trzydzieści trzydzieści okładem o poezji Juliusza Krzyżewskiego się nie mówiło, że nie deklamowano go na wieczorkach szkolnych i że nie stał się tym niedotykalnym wieszczem - jaki to los spotkał innych jego kolegów - wyszło tej poezji na dobre.
Mamy tu do czynienia z osiągnięciami trwałymi, z romantyzmem w czystej okupacyjnej postaci i mamy niezmieszane wrażenie poetyckiej i ludzkiej czystości. I chociaż nas Julek zapewnia, że kłamie bez przerwy, mamy to nieprzeparte wrażenie, że zawsze mówi prawdę. Żaden z jego wierszy nie brzmiał fałszem, pozą, uznaniem. Może czasem mówi zbyt otwarcie - powiedzmy zbyt prymitywnie - ale zawsze słowa jego mają czystość i smak źródlanej wody.
Ja osobiście mam pewną trudność w pokonywaniu własnych wspomnień, znałem bowiem Julka od bardzo dawna i przeżywałem z nim bardzo pierwotne jego sprawy. Przede wszystkim jego ciężką walkę ze słowem, które mu się tak łatwo nie poddawało.
Jeszcze od czasów śnieżnej i mroźnej zimy, kiedy jeździł ze mną kolejką z Podkowy do Warszawy, potem w listach z korpusu kadetów i z bursy u pijarów w Krakowie, z szaleńczych listów młodości, jakie mi słał do Kopenhagi, z dorywczych spotkań w czasie okupacji domyślałem się, jak tworzyła się w nim, jak formowała, jak krystalizowała materia poetycka, która stanowiła istotę jego życia.
I w lipcu 1944, w cudowny, pełny słońca i zieleni listowia dzień, kiedy stał, a właściwie mówiąc chodził wielkimi krokami w wysokich butach u mnie po werandzie, wymijając spojrzenia żony i malutkiej córeczki, kiedy przeczytał mi ostatnie swoje wiersze, których doskonałość mnie uderzyła - zrozumiałem, że dojrzał oto do poezji. Był wtedy tak piękny.
Dopiero gdy odeszli we trójkę o odjechali do Warszawy, ściśnięte serce powiedziało mi, że dojrzał, tak, dojrzał do śmierci.
To gorączkowe poszukiwanie miłości, ten egzorcyzm nieuspokojony i ciągle trwożny - to chyba właśnie jest przeczucie przedwczesnej i tragicznej śmierci. Śmierci, która przecięła życie
w całym rozkwicie, ciało w pełnej piękności.
I dlatego taki cenny dla mnie jest wiersz mnie dedykowany Wariacje Księżycowe, gdzie zwarł on impresję pejzażu - dziś już nieistniejącego - widok stawu w noc letnią, owego stawu, który był nie jednego poety obrazem ziemi i odbiciem nieba.
…w zielonych świerków cieniu niskim
nad staw, co wystygł jak ognisko,
a teraz tylko od gwiazd iskrą
i ryby łuską błyśnie bystrą.
W tym pejzażu nie czai się już niespokojny erotyzm, pogoń za zapachem pocałunku, za westchnieniem kobiety - ale zamieszkał już w nim spokój, którego Julek szukał przez całe krótkie życie. Znajdował go w zamyśleniach lasu i stawu, w rozmowach rozmowach przyjaciółmi, w pewności przeznaczenia. I być może znalazł, wypełniając swoje zadanie życiowe, pisząc wiersze i broniąc rodzinnego miasta.

Wiersze poety:

POCIESZENIE

Jesteśmy zupełnie sami
I sufit wisi nad nami.
Który to rok na świecie?
Piąty po narodzeniu miłości
Ach wypij to lekarstwo, wypij,
Niech oddech twój tak nie skrzypi!
Jakiż to miesiąc?
Gwiazdopad...
Bądź jeszcze trochę cierpliwa,
Ból mija, życia upływa...
Jakiż dzień dzisiaj mamy?
Dzień dobry...
Jak można otworzyć,
Tak – łatwiej ci będzie dożyć...
Która godzina?
Za dziesięć minut ostatnia.

 

W ODWROCIE

Ciągnęliśmy kluczem za nocą w pogoni:
Mgły włosy wichrzyły grzyw karby u koni
spod kopyt pryskały gwiazd błyski zbłąkane,
u pysków zwisało zmęczenie, jak siana
pęk parny wyrwany w pochodzie ze stogu,
a w księżyc, złocistą podkową na progu
przybity przed nami u kresu wędrówki,
szły mlecznych dróg pyły szeregiem jak mrówki.

(A jeden z nas nucił piosenkę wesołą
a drugi cień nasunął na czoło,
a jeden w łzy kropki kołysał sen słodki,
a drugi w klaskanie zasłuchał się podków,
a jeden powiedział, co drugi pomyślał,
a żaden nie wiedział, jak droga jest bliska)
Ciągnęliśmy kluczem za nocą w pogoni:
Rzemienie skrzypiały, chrzęściła stal broni,
gałęzie nam rosły skrzydłami u ramion,
że każdy był w piórach przejrzysty jak anioł
i tylko przeczuwał zmęczenie bezsenne,
i czuł pod mgły falą dno drogi kamienne,
gdy konie gubiły swych oczu odbicie
wśród nocy zmąconej jak woda w korycie.

(A jeden wzrok trzymał w księżycu przed sobą
a drugi zakreślił rzemieniem łuk obok,
a jeden w twarz zajrzał drugiemu i z bliska
zobaczył, jak blizna łun krwawych się ślizga,
a drugi na ustach krzyk pięści zgniótł siłą,
a wszyscy krzyczeli, a słychać nie było.)

 

NIE STRASZCIE MNIE ŚMIERCIĄ

Nie straszcie mnie śmiercią. Ja się śmierci nie boję,
gdy zasypiam co nocy rozdarty na dwoje;
kiedy jedno daleko i drugie daleko,
oczu mych odbicia noc przykrywa powieką.

Ale życia mojego, gdy błądzę po ciemku,
bez nadziei spoczynku najwięcej się lękam;
kiedy klęka nad moim wypełnionym grobem
moja żywa nad moją umarłą osobą.
Więc nie straszcie mnie śmiercią, bo im więcej umrę,
więcej doznam spokoju i miłości w trumnie...
... to mój ulubiony wiersz Krzyżewskiego
chociaż nie wiem czy słowo “ulubiony” tu pasuje...
zawsze ten wiersz do mnie trafiał... jest dla mnie
najmroczniejszym obrazem tamtych dni...

 

MOJE POKOLENIE

Obudził nas po nocy tętent końskich kopyt
tak szybki, że się w śladach podków śnieg roztapiał
i ogień buchający ze strzech chałup chłopskich,
nad którymi piejący kur czerwony latał.
Chałupy, niby kury na grzędach przycupłe,
krzyk podniosły płomienny na piórach słomianych,
lecz niebo, księżycowym związanym słupem,
jak tarcza krzyk odbiło płynące bez zmiany.
Jeden z nich pamiętam, jeszcze teraz słyszę
bicie serca i z wieży cerkiewnego dzwonka:
- a to tylko na łąkach śnieg jak kwiaty skrzy się
i strzemienia pustego dźwięk i blask się błąka.
Na ryngrafie nad łóżkiem Czarna Matka Boska,
tak czarna, jak ta ziemia cudza, a nieobca,
gdzie miód z pasiek płynący w złotych wosku soplach
usta słodził i serca dziewczętom i chłopcom
Z księżycami u czoła szły spokojne woły
śród ziela, co spóźnione zakwitało wieńcem,
kołysanki skrzypiały kolebki i stoły
uśmiechnięte jesieni dojrzałej rumieńcem
Na tej ziemi bogatej, na której mnie matka
miłości nauczyła pierwszych słów i wiary,
dzieciństwo me zostało, lecz nie do ostatka,
jak człowiek, co uprzedził chorobę i starość
I wszystko, co się dzieje - nie spełnione milknie;
ledwie tylko zakwitnie, już przekwita rychło,
kiedy jasno dookoła, dla mnie jaśniej tylko,
a gdy radość jest głośna, moje usta cichną.
A wolnością karmiony, niewolnicze piętno
na piersi mojej noszę jak różę kradzioną,
pamięć wolności mojej... Nie trzeba pamiętać
o wolności, bo wtedy nie wolność, lecz zbrodnia!
Nigdy młodym nie byłem, nie doczekam wieku,
niczego nie dokonam, co by mnie podniosło,
niby most dźwigam ciężar rzeki i dwóch epok,
a wioślarze wspierają o mnie swoje wiosła.
O pokolenie moje, mądre i bolesne,
cierpiące nie za siebie, walczące dla innych,
pamięć twoja przeminie, ale nasze dzieci
będą miały dzieciństwo prawdziwie dziecinne...

 Warszawa, 12 VII 1942

Z wiosny 1942

Schylony nad warsztatem pracowałem głucho.
Deszczu szum i huk maszyn przykryły mi ucho,
a okiem zawieszonym na zębatej tarczy
ogarniałem kształt ruchu mych dłoni i sztancy.
Aż nagle jakby piorun uderzył w fabrykę!
Ustał deszcz i maszyny na sali ucichły,
nad wezgłowiem pulpitów lamp pogasły klosze
i tysiąc rąk przestało zginać się i wznosić.

Mówili robotnicy po skończonej szychcie:
"Dziś znów prądu nie było… W ogóle psie życie!"

A tylko ja widziałem i ja znam przyczynę,
dla której ruch wstrzymali ludzie i maszyny,
bo kiedy słońca promień deszczu strącił obłok,
padł na pąki jabłoni, która rośnie obok
fabrycznych moich okien, i rozdarłszy zieleń,
na czerwonym tle muru kwiatami wystrzelił.

Całowałem te kwiaty najczulej, najmilej
i myślałem o życiu, które w jednej chwili
pojawia się cudownie . Jeszcze teraz myślę
i tęsknię, ale do tych drzew, co się nad Wisłą
zarumienią, zabielą, położą nad wodę
cień piór swoich szeroki, jak oddech swobodny
i szczęśliwy, i czysty, jak ta łza, co właśnie
na oku mi zabłysła na chwilę i zgasła.

Chrzanów 16 VI 1942

 
Created by: Maciek | powered by Joomla