Włodzimierz Czerw

 

Wybrane prace
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
 

 

Zdjęcia artysty
Image
Image
Image
 Image  

 

Czerwone diabły i spółka.
Źródło: "Echo Chełmka" , nr.6: 30.03.1985: str.5

          Kiedy po raz pierwszy przestąpiłem próg tego ciasnego, skromnego - by nie powiedzieć ubogiego - pokoiku, moje odczucie było zgodne z wcześniejszymi przypuszczeniami. Oto goszczę u prowincjonalnego malarza prymitywisty, robotnika, którego hobby dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności stało się w pewnym momencie sensacją w światku artystycznym... Stół , krzesła, łóżko, drewniane regały, mnóstwo książek i papierów, gazety i królujące w ogólnym rozgardiaszu sztalugi, na których najnowsze dzieło- obraz na szkle. Na łóżku trzy książki : "Kronika getta" Emanuela Ringelbluma, "Dziennik z getta warszawskiego" Mary Berg i "Elementarz etyczny" Karola Wojtyły. Rozmowę zaczynamy od tematyki żydowskiej, po chwili mówimy już o malarstwie - nie sposób mówić w tym miejscu o czym innym. Ale pod jednym warunkiem...., że malarstwo znaczy tyle samo co życie. Bo tak właśnie jest w przypadku WŁODZIMIERZA CZERWA. "malarstwo jest dla mnie swoistym rodzajem terapii - mówi - maluję przeciw preferencjom, bo chodzi mi przede wszystkim o prawdę - choćby miało to być komuś na złość. Traktuję swoje malowanie jak formę wewnętrznej wypowiedzi, nie zastanawiając się nad konsekwencjami".
               Po raz pierwszy zetknąłem się z obrazami Czerwa na łamach "Przekroju" przed kilku laty. Wydarzenie to było głośne i komentowane w naszym środowisku, a opinie sprowadzały się do stwierdzenia  "udało mu się" - czemu towarzyszyły pobłażliwe uśmieszki. Kontakt drugi to wystawa prac członków chełmeckiego koła RSTK. Właśnie powstanie tego koła zaprowadziło mnie do mieszkania twórcy. Nie przypuszczałem, że wizyta ta wyjdzie poza rutyniarskie spotkanie reportera z człowiekiem, którego sylwetkę powinienem przybliżyć czytelnikom. Nie przypuszczałem, że do oglądania jego obrazów potrzeba czegoś więcej poza parą oczu, że coś co niemal ociera się o granice kiczu można będzie interpretować rzeczywiście jako kicz, albo jako autentyczne dzieło sztuki.
              Czerw doskonale wie co mówi się o nim i jego twórczości. Kilkakrotnie powtarza bym komentując pstrokate obrazki stał na pozycji szydercy - schlebiając tym samym wszystkim domorosłym znawcom sztuki wymieniającym znaczące spojrzenia przed płótnami pełnymi diabłów, aniołów, dziwacznych ludzików i groteskowych postaci kłębiących się w alegorycznych wizjach rzeczywistości. Rzeczywistości takiej jaką widzi autor - chorej w swej dosłowności i wyrastającej ponad wymiar znany nam z autopsji. Czy trzeba mieć bzika żeby malować w ten sposób? Chyba tak. Trzeba mieć jednak coś jeszcze. Takie mianowicie własne przemyślenia i oceny, które pozwalają w sposób urągający przyjętym normom komentować zjawiska nie w ich szczegółowym, konkretnym znaczeniu, lecz w formacie ogólnym i ostatecznym, powiedziałbym - totalnie. Już sama idea przewodnia, łatwa do odczytania z każdego płótna jest ideą totalną. Symbolika malowanych postaci sięga granic ostatecznych - moralnych i filozoficznych - rozliczeń. Mówiąc konkretnie, Czerw maluje własną wizję świata, któremu patronuje walka dobra ze złem i walki tej nigdy nie rozstrzyga, choć przesłanie każdego płótna jest oczywiste. Nie sądzę bym potrafił tutaj wyjaśnić twórczość Czerwa w sposób jakiego mogą oczekiwać czytelnicy- ktoś kto nie widział jego obrazów nie zrozumie zapewne jak samouk z Chełmka może przedstawić walkę materializmu z idealizmem przy pomocy naiwnie prostych kształtów i kontrastowych, czystych barw, tak niepodobnych do mistrzowskich pociągnięć pędzla klasyków  oglądanych w albumach i na wystawach. Dlatego trudno jest pogodzić się z faktem, iż niektórzy zaliczają go do grona wybitych współczesnych malarzy - a dowodem na to jest obecność obrazów Czerwa w muzeach Paryża, Londynu, Nowego Jorku...
                    Jedno jest pewne - nastawienie z jakim wchodziłem do wspomnianego skromnego pokoiku (czy może to być pracownia artysty)? już po kilkunastu minutach rozmowy i oglądania obrazów znalazło tyleż samo potwierdzenia co stanowczej negacji. Trudno jest widząc to  wszystko i słuchając komentarza pozostać obiektywnym. I to chyba jest kolejnym argumentem na korzyść Włodzimierza Czerwa. Bowiem różnica między kiczem a dziełem sztuki polega na tym, że kicz można ominąć przechodząc dalej, dzieło sztuki zaś albo budzi nasz zachwyt albo sprzeciw. Wobec malowideł Czerwa nikt nie pozostaje obojętnym - nawet jeśli większość czuje się obrażona czy zbulwersowana...
            - Wszystko zaczęło się dość wcześnie, od prowadzenia Klubu Rolnika gdzie działała sekcja plastyczna. Wielu młodych ludzi malowało i w pewnym momencie pomyślałem, że ja też mógłbym spróbować. Spróbowałem i teraz po latach twierdzę, że było warto. Tym bardziej, iż znalazłem swój własny sposób, swój styl, a jednocześnie receptę na życie aktywne, pozwalające wyjść na zewnątrz z przemyśleniami i doświadczeniami, przy których trudno jest milczeć. W sensie warsztatowym utożsamiam się z nurtem malarstwa prymitywnego. Tak, jest to malarstwo typowo jarmarczne, ale proszę pamiętać, że taka właśnie jest sztuka słowiańska - barwna, żywa i pstrokata. Być może treści obrazów nie pasują do takiej formy. Być może też jest to najlepsza forma dla tych treści...
              Uzupełnię tę wypowiedź malarza komentarzem zawodowego krytyka: "Czyste - jedynie - barwy akrylowe, dobierane w sposób kontrastowy, charakterystyczny dla op-artu powodowały, że obraz często nie tylko krzyczał swą tragiczno - groteskowo - alegoryczną wizją, ale i "strzelał" w nasze oczy...gdyby ktoś nie pojmował wykładni dzieła, Czerw dopisywał na dole obrazu wymowne z reguły wyjaśnienia. Przerażające alegorie Czerwa ujawniały świat równie okrutny, co w obrazach Boscha czy Bruegla... lub w opowiadaniach Kawki..." (J. Piechta w "Informatorze Kulturalnym")

              Mamy więc porównanie malarstwa Włodzimierza Czerwa do starych mistrzów - Bosch, Bruegl...Jest  ich jeszcze wielu. Jan Picheta analizując twórczość chełmeckiego malarza jako kontynuację gatunków alegorycznych przytacza zwłaszcza Bronisława Wojciecha Linkego. Pisze : "Kontekst nazwisk nie jest ujmujący dla nikogo; artystę z Chełmka od Linkego różnić może bowiem jedynie odrębność wizji świata - poza oczywiście sprawnością operowania środkami artystycznymi".
             Zostawmy jednak nazwiska, wszak dzieło ma się bronić samo, bez podpierania genealogią gatunku... Warto natomiast zatrzymać się na chwilę przy wspomnianej sprawności operowania środkami  artystycznymi. Tutaj można przecież wiele Czerwowi zarzucić. Sam twierdzi wręcz, że akademia i fachowe wykształcenie nic by mu nie dały. Praca plus talent to dla niego podstawowe pojęcia, a w sensie praktycznym oznaczają też: natchnienie plus pracownia (rozumiana jako odizolowane od codziennych wydarzeń miejsce pracy, nie zaś jako specjalistyczny, idealnie wyposażony gabinet -atelier). Czy w szkole można nauczyć się natchnienia? Czy ze szkoły trzeba wynieść zapał do pracy? Sprowadzenie problemu wykształcenia do tych prostych pytań pozwala artyście spokojnie tworzyć, z dala od jakichkolwiek kompleksów czy akademickich ambicji. Własną drogą wgłębia się Czerw w teorię malarstwa - dopiero teraz, kiedy może pozwolić sobie na stwierdzenie "mam własny styl".
             W rzeczywistości nie ustaje studiować i uczyć się. Tyle, że źródłami jego nauki i wiedzy są nie akademickie podręczniki, lecz książki, broszury, czasopisma i gazety, w których doszukuje się interesujących go tematów i wątków, związanych już bezpośrednio z konkretną wizją kolejnego obrazu. Potrafi w swych poszukiwaniach sięgnąć do detali i szczegółów, po które przeciętny człowiek nigdy by się nie fatygował - choćby z przyczyn technicznych. Tak jest na przykład w przypadku dzieła nad którym zamierza pracować Czerw w najbliższym czasie - pomysł uchwycony na kartonie w postaci szkicu ołówkiem dojrzewa wśród masy materiałów źródłowych, często pozycji muzealnych zdobytych w bibliotekach czy zbiorach prywatnych.
            I znowu wielu ludzi mogłoby wykrzyknąć: to wszystko potrzebne jest Czerwowi do malowania czerwonych diabłów i tych prymitywnych ludzików?!...A jednak.
           Słynne diabły nie są bynajmniej celem samym w sobie, choć ich obecność na każdym nieomal płótnie potwierdza pewną obsesyjną wizję zła czającego się wszędzie. Z przekornym uśmiechem pokazał mi jednak pan Włodzimierz obraz, na którym znalazł się tylko jeden diabeł, w dodatku cały zielony...Poza tym, no cóż, jak zawsze tak i nadal zło dominuje jednak nad dobrem - w jakim by kontekście na ów podział nie patrzeć. Na pewno słuszniejszym zarzutem warsztatowym byłoby wytknięcie malarzowi innych manier, choćby uporczywego opisywaniu obrazów tekstami - komentarzem pisanym na zasadzie dopowiedzenia pewnych przemyśleń, które nie zmieściły się na płótnie. Świadczą o tym,  że zbyt wiele na raz autor chce przekazać ( a nadmiar wątków  nie zawsze pomaga dziełu ), lub o tym, iż nie jest przekonany co do klarowności swojej wypowiedzi i dodatkowo ją instruuje ( co też przemawia raczej przeciw samemu obrazowi ). Jak by nie było taką już formę przyjął autor, a że sam niewiele liczy się z krytyką, toteż i  jego dzieła nieskore są do zmian. Zresztą najlepszym środkiem dla wymiany poglądów i opinii jest bezpośredni kontakt z zainteresowanym, który jak miałem okazję stwierdzić jest niewątpliwie równie dobrym gawędziarzem co malarzem.
               Przypuszczam, że wspaniałą formą poznania twórcy i owoców jego pasji stanie się wkrótce działalność Czerwa w naszym kole Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury. Zawsze był aktywnym społecznikiem i twórcą kultury w naszym środowisku - jest więc teraz okazja do wykorzystania tych jego cech dla inspirowania działalności RSTK, a przede wszystkim do zapoznania z jego twórczością szerszego kręgu odbiorców. Chyba teraz nie trzeba będzie już jechać do muzeum w Krakowie, Bielsku czy Toruniu by zobaczyć na własne oczy słynne alegorie z nieodłącznym tłumem czerwonych diabłów? Zresztą ich autor od początku istnienia koła RSTK dał o sobie znać czynnym udziałem w inicjatywach podejmowanych przez amatorów malarstwa. Byłby błędem nie wykorzystać tego zapału w najbliższej przyszłości, kiedy już rekonwalescent po drugim zawale znajdzie dość sił do pracy nad kolejnymi wizjami zmagań idealizmu z materializmem, symboliką trudną może do zrozumienia, lecz w gruncie rzeczy znaną nam wszystkim.
                 Sam czerw spodziewa się po działalności RSTK wiele dobrego. Zwłaszcza dla Chełmka, który od lat posiada spory potencjał kulturalny czy wręcz artystyczny skumulowany w ludziach jakich nigdy naprawdę dobrze nie potrafił wykorzystać. Miejmy nadzieję, że w końcu się to uda. A korzystając z okazji przekazał Czerw swoim kolegom z RSTK następujące uwagi:
        "- Na efekt końcowy pracy artystycznej składa się moim zdaniem siedemdziesiąt pięć procent pracy, własnych przemyśleń dających możliwość potwierdzenia  czegoś naprawdę od siebie ( o ile ma się w ogóle coś do powiedzenia ), a pozostałe dwadzieścia pięć procent to talent, który przez naturę nie jest przecież podzielony równomiernie. Dlatego życzyłbym wszystkim amatorom malarstwa pracy nad sobą - efektów tej pracy, w tym sensie, aby ich twórczość wzbogacała wewnętrznie, by talent własny szlifowany był niezależnie od przemijającej mody. By byli autentycznymi twórcami - nie powielali znanych mistrzów..."
           I na koniec mała refleksja. Otóż jest jeszcze jeden czynnik wpływający " hamująco" na popularyzację twórczości Czerwa, czynnik, który zdominował nadmiernie tę twórczość w ciągu ostatnich lat. Mam na myśli polityczną wymowę obrazów. O ile dawniej od życia społecznego uciekał artysta w świat metafizyki, to teraz - niepotrzebnie chyba - wychylił się z tego świata w stronę jednoznacznej wypowiedzi politycznej. Pozostała oczywiście forma, ale treść nieco straciła na swej uniwersalności. Okres ten kończy się jednak i następne dzieła, jak zapowiada Czerw, sięgną ku formule, która przyniosła mu sławę daleko nawet poza granicami kraju.
             Jedno jest pewne - Włodzimierz Czerw to zjawisko w malarstwie, którego nie sposób pominąć milczeniem. Tym bardziej w miejscu gdzie jego talent się objawił...
                                                                 Ryszard Fudała


"W błazeńskiej masce mędrca"

Materiał z "Informatora Kulturalnego" listopad 1995 r


Włodzimierz Czerw był intelektualistą, który udawał prymitywnego chłopa. Myślę, że w czasach komuny ukrył się za maską naiwnego błazna, gdyż tylko w ten sposób mógł uprawiać oficjalnie swą sztukę, bez represji, które z pewnością spotkałyby go, gdyby tworzył swe malarskie alegorie komunizmu będąc sobą.
Być może do wyboru życiowej roli chłopskiego outsidera nakłoniły go inne okoliczności. Nie żył z żoną, więc było mu wszystko jedno, jak wygląda i jaki wiedzie żywot. Zawsze ponadto podkreślał, że mieszka w Chełmku - Wsi.
"Genius loci" mógł więc predestynować go do przybierania maski ludowego prymitywa; mogły nawet jego inicjały…
Kiedy namalował obraz, pytał o opinię z pozycji nieuka. Niby nie wiedział, jak powinno się malować i jak interpretować rzeczywistość, o której obraz opowiadał. Tworzył bowiem Włodek obrazy mówione, które stanowiły komentarz do ponurych, komunistycznych czasów.
Jak średniowieczni mistrzowie - był alegorystą. Każdy szczegół, każda plama, kształt, kolor, nawet układ ciała miał podwójne znaczenie. Oprócz tego opatrywał swe płótna długimi, wierszowanymi na ogół wyjaśnieniami, które czasem zaciemniały oczywisty w swej wymowie obraz świata. Myślę, że owe skomplikowane komentarze miały rozmydlać jasny sens całej alegorii, aby cenzorzy nie pojmowali go jako opozycjonisty, lecz mało pojętnego chłopa, który uprawia nieszkodliwe dla reżimu dziwactwo.
Włodek lubił utwierdzać ludzi w błogim przekonaniu, że jest właśnie chłopskim dziwakiem, nieszkodliwym błaznem. "Wypuszczał" tych, którzy oglądali jego pracę i starał się wysondować, co sądzą, bo on niby się na tym nie zna. Wielu dało się na to nabrać i obnażało wówczas nie Włodka, lecz własne dyletanctwo.
Przed niektórymi udawał nawet, że nie zna zupełnie twórczości najwybitniejszych malarzy, bo gdyby znał, zechciałby ich naśladować i zatraciłby swój własny styl. Ponieważ tak dzieje się na ogół z tzw. prymitywami, tego typu koncepcja miała usprawiedliwiać jego rzekome nieuctwo. Tymczasem wiedzę posiadł przebogatą, żeby nie rzec… tajemną.
Kiedyś wyznał mi, że ma na strychu sporą bibliotekę, ale nie dostąpiłem zaszczytu zobaczenia jej. Zresztą nie bardzo się nią interesowałem. Sądziłem bowiem, że zbiory są mu potrzebne do udowodnienia, iż światem rządzą… judeochrystianizm z żydokomuną. We wszystkim widział bowiem ich złowieszcze macki.
W dzieciństwie obserwował Włodek bombardowania Oświęcimia. Po latach zaczął się dziwić, dlaczego alianci niszczyli tylko zakłady chemiczne, a nie krematoria. Doszedł do wniosku, że to żydzi z Wall Street pozwolili na wymordowanie swych gorszych europejskich braci, ubogich "parchów", jak ich pogardliwie określano. Okrutna to była koncepcja, z którą trudno się zgodzić, ale Włodek miewał więcej takich koncepcji nie do udowodnienia. Lubował się w nich, jakby chciał pokazać wszystkim niezależność. Skoro bowiem był outsiderem - w "dzieciństwie myśli" mógł sobie pozwolić na wszystko. Dlatego był nie do podrobienia. Zawsze stawał jednak po stronie słabszych. Narażał się też każdemu. Mówił, że lubi siedzieć okrakiem na barykadzie.
Znam tylko jednego człowieka, który tak bardzo jak on żył twórczością. Katowicki artysta Marek Kamieński potrafił niemal z dnia na dzień z malarza monochromatycznych płócien przeistoczyć się w epatującego barwą i rozmachem postmodernistę, który korzysta z dokonań kultury popularnej. W tym czasie też sprzedał niemal całą swą płytotekę z Davisem, Parkerem czy Mc Laughlinem. Na jego pułkach pojawiły się natomiast nagrania zespołów w rodzaju… "Abby".
Kiedy uczyłem jeszcze w bielskim "plastyku", zabrałem do Włodka całą klasę na szkolną wycieczkę. Myślałem, że twórca nadal maluje tylko swoje alegorie władzy. Chciałem pokazać artystę niezależnego, oryginalnego filozofa dziejów, który uprawia swobodną twórczość polityczną w warunkach reżimu. Tymczasem Włodek właśnie porzucił swój warsztat ludowego prymitywa i zabrał się do realistycznych alegorii, które pokazywały stadia stosunku seksualnego u kobiety. Alegoria polegała na tym, że niewiasta nie współżyła z mężczyzną, lecz doznawała podobnych wzruszeń jadąc konno. Włodek ujawniał w cyklu około 20 obrazów, w jaki sposób kobieta przeżywa akt płciowy… Utrzymywał przy tym, że do radykalnej zmiany stylistyki nakłonił go lekarz, wedle którego malowanie politycznych płócien nadmiernie mu szkodziło ze względu na to, iż niezdrowo się nimi podniecał.
Włodek znalazł pierwotne wytłumaczenie dla zmiany swego artystycznego wizerunku, ale wydaje mi się, że gdy reżim stępił swe ostrze, mógł już podnieść nieco błazeńską maskę; spróbować, czy potrafi zmierzyć się z malarstwem realistycznym.
Czy mógłby - gdyby ukończył był szkoły - malować jak najwięksi jego mistrzowie. Nawet jednak w tej nowej robocie musiał być oryginalny. Został kimś w rodzaju parapornograficznego alegorysty…
Dopóki żył, myślałem, że potrafi wyłączyć się z życia dla sztuki, że żyje tylko z myślą o niej i dla niej. Gdy przyjechałem do Chełmka na początku tego roku, jego mama powiedziała,
że właśnie wczoraj minęła pierwsza rocznica śmierci Włodka.
Wyznała, że po pierwszym zawale (a miał ich chyba z pięć) znaleziono w dłoni Włodka ściśnięty list od córki, w którym domagała się od niego alimentów. Włodek jednak nigdy nie mówił o rodzinie, toteż za jego życia nie wiedziałem nawet, że ją kiedyś założył. Nie skarżył się też na zdrowie. Nade wszystko była bowiem sztuka.
Mama Włodka pokazała mi pośmiertne zdjęcie syna leżącego w trumnie. Choroba zniszczyła go okrutnie. Pomyślałem, że Włodek nie mógłby przyjąć dobrowolnie takiej maski, mimo że za sprawą sztuki zmieniał je kilkakrotnie. Nawet czerwone diabły z jego obrazów, które przyprawiały ludziom uśmiechy, wyglądały bardziej sympatycznie, niż jego pośmiertny konterfekt.
Całe szczęście, że został z nami w maskach, które sam wybierał.
Jan Picheta

Jan Picheta


Opracowanie zamieszczamy dzięki uprzejmości autora Jana Pichety oraz Regionalnego Ośrodka Kultury w Bielsku- Białej - serdecznie dziękujemy.

 
Created by: Maciek | powered by Joomla