historia poborowi z chelmka

Poborowi z Chełmka przed wyjazdem do wojska, lata 30. W tle bydynek obecnego MOKSiR-u.

 


Prezentujemy Państwu wybór materiałów  ukazujących  wspomnienia, refleksje, często niezwykłe i dramatyczne przeżycia mieszkańców naszej gminy. Pochodzące z różnych źródeł przekazy pozwalają nam odczuć i zrozumieć historię i specyfikę naszych okolic. Z takiej perspektywy łatwiej spoglądać na dzisiejszy Chełmek i  budować wizję  przyszłość.
Oczywiście gorąco zapraszamy do nadsyłania tekstów. Czekamy na opisy i relacje związane z najnowszą emigracją. (e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)

 


Pactwowie
Wspomnienia T.Remsaka
Tadeusz Siekiera - życiorys niecodzienny
Antonina i Piotr Ptasińscy - prawie wiek cały
Alojzy Mucha - wspomnienie
Wspomnienie o Adamie Matyji
Edward Remer "Wspomnienia z działalności POW" „Echo Chełmka” nr 34, 11 sierpnia 1935
Tajemniczy kufer /Przełom 36/2010/
"Odszedłem z KS Chełmek, bo byłem z Chełmka" - wywiad z Janem Ptasińskim, PRZEŁOM nr 45, 10 XI 2015
"Mehl - najbardziej znane nazwisko żydowskie"

 

 

Pracowałem u Baty

"Wspomnienia absolwentów Batowskiej Szkoły Pracy" zaczerpnięto z broszury "10 lat Stowarzyszenia Klubu Idei Tomasza Baty w Chełmku" wydanej przez Klub Idei Tomasza Baty i MOKSIR w Chełmku - listopad 2003r.

Julian Laufer
Życiorys najstarszego członka Klubu
          Najstarszy członek naszego Klubu, były pracownik firmy Bata, pan Julian Laufer przysłał niedawno na ręce prezesa Henryka Pisarka list, który jest tak ciekawy, że obszerne jego fragmenty publikujemy w jubileuszowym wydaniu naszej kroniki klubowej. Pan Julian Laufer pisze tak:
          Szanowny Kolego Przewodniczący Klubu Idei Tomasza Baty!
Zapewne będzie Pan mile zaskoczony moim listem. Otrzymuję od Was Biuletyny klubowe. Bóg zapłać! Czytam je z wielkim zainteresowaniem. Dzisiaj postanowiłem napisać kilka słów. Jestem we Francji od 53 lat, a jak Panu wiadomo liczę sobbie96 lat życia. Jak długo będę jeszcze żył to nie wiadomo. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.
       Moją karierę w firmie Bata rozpocząłem mając 30 lat. Zostałem zatrudniony jako dekorator w sklepie firmowym Bata w Tarnowie. Tam poznałem Leona Lewingera i braci Kahan. Po sześciu miesiącach praktyki przeniesiono mnie do sklepu w Jarosławiu. Tam otrzymałem informację, że niedługo dostanę nominację na kierownika sklepu. Po trzech miesiącach pracy zostałem  kierownikiem tego sklepu. Oprócz pracy w sklepie, udzielałem w miejscowej Szkole Handlowej lekcji o handlu. Po dwuletnim pobycie w Jarosławiu zostałem przeniesiony do Tarnopola i stamtąd do Stryja. Będąc w Tarnopolu otwarłem filie sklepów w Chomatowie i Zaleszczykach, a także potem w Bolechowie.
          Po wkroczeniu na tamte tereny wojsk sowieckich (po 17.09.1939)  zostałem mianowany kierownikiem bazy zaopatrzeniowej w Stryju i okolicy. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej zostałem zmobilizowany, a później wzięty do niewoli przez żołnierzy węgierskich. Udało mi się zbiec i wróciłem do stryja. Tam byli już Niemcy. Podczas okupacji pracowałem na posterunku żandarmerii niemieckiej, gdzie pasłem konie i czyściłem auta i motocykle.
         Po zakończeniu wojny osiedliłem się w Bytomiu na Śląsku. Tam poznałem młoda kobietę z którą się ożeniłem. Zacząłem poszukiwać moich rodziców. Będąc w Warszawie wstąpiłem do Francuskiego Konsulatu, gdzie dowiedziałem się, że Ojciec i Matka zostali we Francji aresztowani i transportem zawiezieni do Oświęcimia, natomiast brat i siostra uciekli do Paryża (do nie okupowanej strefy) i żyją.
           Zlikwidowałem więc interes w Polsce i w styczniu 1949 wyjechałem do Paryża. Niestety władze polskie nie pozwoliły żonie pojechać ze mną. I tak byliśmy rozłączeni przez 8 lat. W Paryżu otworzyłem salon-pralnię i czyszczenie garderoby. Był to największy salon tego typu w stolicy Francji. Był to świetny interes. Zarobiłem na tym dużo pieniędzy. Żona urodziła mi trzech synów. Wszyscy zrobili duże kariery. Pierwszy z nich był dyrektorem w firmie Peugeot, niestety zmarł w wieku41 lat. Drugi syn jest inżynierem i pracuje w fabryce samolotów. Był przez 3 lata w USA w firmie Boening. Ma dwóch synów, starszy z nich ma na imię THOMAS, na moją prośbę dla uczczenia zmarłego Tomasza Baty. Trzeci syn ma obywatelstwo szwajcarskie. Ukończył szkołę zegarmistrzowską, ma własny zakład, produkuje szkielety zegarków markowych dla firmy Omega i innych.
       Ja poszedłem na emeryturę mając 72 lata i zacząłem podróżować po całym świecie. Władam płynnie pięcioma językami. Pobieram 5 rent: jedną z Polski i trzy z Francji. Od dwóch lat jestem chory i poruszam się po mieszkaniu za pomocą laski. Ale ciągle jeszcze mam poczucie humoru i jakieś zainteresowania typu hobby filatelistycznego, które uprawia, dla wypełnienia czasu.
      Nawiązałem z wami kontakt i chętnie go utrzymam. Teraz oczekuję od was odpowiedzi. Przesyłam pozdrowienia dla innych kolegów ii pozostaję z przyjacielskim uściskiem dłoni.
                                                                                                       Julian Laufer

Roman Liszka 
absolwent Batowskiej Szkoły
Moja przygoda życiowa z firmą "Bata"

    Z nazwą Bata spotkałem się pierwszy raz w roku 1930. miałem wtedy 12 lat. W powiatowym mieście Rybniku, przy pryncypialnej ulicy firma Bata otwarła sklep obuwniczy. Napis "Bata" był taki charakterystyczny:  kształt liter był bardzo zdecydowany, wyraźny, utrwalający się w pamięci. Sam sklep też robił duże wrażenie: porządek,  czystość, równo ułożone regały,  a w nich pudełka z obuwiem. No i to hasło "Nasz klient nasz pan".
    Moje drugie spotkanie było już bardziej osobiste. Było to w roku 1932, kiedy ukończyłem szkolę podstawową i był problem, co robić dalej. W Polsce (jak zresztą na całym świecie) był wielki kryzys gospodarczy. Rodzice daremnie czynili starania o ulokowanie mnie u jakiegoś rzemieślnika,, abym mógł  uczyć się zawodu. I wtedy, myślę, że  było to w połowie lipca 1932 roku- w batowskim sklepie pojawiła się wywieszka, że firma Bata przyjmuje młodych chłopców do szkoły obuwniczej w Zlinie, do nauki zawodu. Uprosiłem ojca, aby poszedł mnie zgłosić. Zrobiliśmy to na drugi dzień. Ku mojej wielkiej radości kierownik sklepu, po przeegzaminowaniu mnie z wiadomości szkolnych, oznajmił, że zostałem zgłoszony do centrali firmy jako kandydat do szkoły.
      Po kilku dniach oczekiwania była już informacja, że moja kandydatura została przyjęta, i że należy czynić starania o uzyskanie dokumentów na wyjazd. Trwało to 3 miesiące. W tym czasie staż uczniowski w sklepie w Rybniku i zapoznałem się z wszystkimi czynnościami związanymi ze sprzedażą obuwia. Aha! Muszę dodać, że w podobnym trybie był przyjęty jeszcze drugi kandydat do szkoły, mianowicie Emil Berger.
        Nasz wyjazd do Zlina nastąpił w dniu 7 listopada 1932 r. Był deszczowy, wietrzny i zimny listopadowy wieczór, kiedy o zmierzchu przyjechaliśmy do celu: miasta, które na kilka lat miało stać się moim nowym domem. Na stacji kolejowej poinformowano nas, jak trafić do internatu.
       Po przybyciu do internatu skierowano nas do 11 zastępu, w którym wychowawcą był p. Radomir Nitsche.  Dostaliśmy przydział do sal mieszkalnych, gdzie było po 20 osób. Większość z nich stanowili Czesi. Nas Polaków było wtedy w całej szkole 244 osoby, którzy przybyli z różnych miast Polski.
    Po załatwieniu formalności i przyjęciu do szkoły i zakładu, zostałem skierowany do warsztatu szkolnego, gdzie zapoznawałem się z różnymi czynnościami, które trzeba było wykonywać przy obuwiu. Tutaj było tempo raczej powolne i wykonywanie czynności nie nastręczało trudności. Potem, po kilku dniach, byłem skierowany do pracy w normalnym oddziale produkcyjnym, gdzie plan dzienny wynosił1000 par i tempo było bardzo szybkie. Trzeba było dobrze się "nauwijać", aby z wykonaniem czynności nadążyć przy szybko przesuwającej się taśmie produkcyjnej.
       Każdy z tych zespołów posiadał komplet potrzebnych maszyn do wykonywania wszystkich operacji. Maszyny te były obsługiwane przez wybitnych fachowców w określonej specjalności. Ja widziałem w tym swoją dodatkową szansę podpatrzenia niektórych specjalistów do uzupełnienia swoich  umiejętności w zakresie  mechanicznego wykonania obuwia. Z szansy tej korzystałem jak tylko miałem trochę czasu. Dało to pozytywne efekty już w maju 1935, bo zdobyłem nagrodę w konkursie na samodzielne wykonanie obuwia.
       W połowie roku 1935 zaistniały pewne sprzeczności między rządami Polski i Czechosłowacji, które spowodowały, że Polacy musieli opuścić terytorium Czechosłowacji. Starsi koledzy, mający już ukończone 18 lat wyjechali do Chełmka, a sześciu z nas w wieku poniżej 18 lat wysłano Borowa w Jugosławii z zamiarem "przeczekania" sytuacji i ponownej kontynuacji nauki w Zlinie, po ustaniu wspomnianych sprzeczności.
        Praca w Borowie, gdzie pracowałem ponad pół roku, przysporzyła mi nowych doświadczeń szkoleniowych, poznałem nowych ludzi, nowy język, zapoznałem się też ze zwyczajami i kulturą narodów Jugosławii. W lutym 1936 roku wróciłem do Zlina i w dalszym ciągu specjalizowałem się w modelowaniu.
            Jesienią 1938 r., po zakończeniu szkolenia, przyjechałem do Chełmka i zająłem się organizowaniem modelarni. Tak było do tragicznego września 1939r. kiedy wybuchła wojna i nastąpiła ewakuacja chełmeckiego zakładu. Po  powrocie z wojennej tułaczki zatrudniłem się w Chełmku w charakterze modelarza, bowiem kierownikiem modelarni został modelarz niemiecki. W październiku 1940 roku przeniosłem się do Zakładu Baty w Radomiu i zorganizowałem tam modelarnię, w której pracowałem do końca 1944,, po czym wróciłem Chełmka.
  W roku 1951 ówczesny CZPS powierzył mi zorganizowanie Centralnego Biura Fabrykacji, które  potem zostało przemianowane na Branżowe Laboratorium Przemysłu Obuwniczego. Potem, kiedy BLPO zostało przeniesione do Krakowa, zdecydowałem się pozostać w Chełmku i podjąć pracę w PZPS "Chełmek" w komórce projektowania wzorów obuwia. Tutaj pracowałem do mojej emerytury. Równocześnie od roku 1946 zaangażowałem się w szkolnictwie, w Zakładowej Szkole Zawodowej, a następnie również  w Technikum Przemysłu Skórzanego w Chełmku.
      Dzisiaj, kiedy z perspektywy 70 lat rozważam moją życiową przygodę z firmą Bata-  jako wierzący-nasuwa mi się myśl o nieustannym oddziaływaniu Opatrzności Bożej nad moimi poczynaniami, bowiem w roku 1932 zostałem wyróżniony spośród wielu kandydatów przyjęciem do najlepszej szkoły, jaką sobie było można życzyć, do "Batowskiej Szkoły Pracy". Potem zostałem wyznaczony do nauki takiej specjalizacji, która w produkcji obuwia należała do profesji wyróżnionych wręcz nobilitujących.
    Dzięki opanowaniu umiejętności nabytych w Szkole stałem  się dość znaczącym członkiem batowskiej rodziny, po  przybyciu do zakładu  w Chełmku. tragiczna wojna przekreśliła możliwość dalszego rozwoju mojej drogi życiowej w firmie Bata. Ale po wojnie- w  odmiennych- co prawda warunkach, moja specjalizacja została dostrzeżona i wykorzystana zarówno w polskim przemyśle obuwniczym, jak i w szkoleniu  w miejscowym Technikum. Przeszkoliłem ponad 1000 młodych  ludzi, z zakresu rysunku i modelowania. Niektórzy z moich uczniów zostali wierni obuwnictwu, z czego się bardzo cieszę.
        Sprawując odpowiedzialną funkcję głównego konstruktora w polskim przemyśle, miałem możliwość podróżowania do światowych ośrodków mody obuwniczej. Majątku nie zdobyłem, ale moim bogactwem są przyjaciele w Polsce, w Czechach, w Słowacji, we Francji, w Niemczech, w Kanadzie- których poznałem w Szkole. Do dzisiaj utrzymuję z nimi kontakty korespondencyjne, a także osobiste, co wzbogaca moje życie.

 

Alojzy Mucha
Wspomnienia Alojzego Muchy-jednego z najstarszych członków Klubu
   Wspomnienie rozpocznę od okresu poprzedzającego uczęszczanie do Batowskiej Szkoły Pracy. Wiosną 19331 roku kończyłem czwartą klasę szkoły wydziałowej. Wówczas zakłady Bata w Zlinie ogłosiły nabór młodych mężczyzn do Batowskiej Szkoły Pracy. Zgłosiłem swój udział do egzaminu wstępnego, który był warunkiem  przyjęcia  do szkoły. Egzamin trwał 3 dni i polegał głównie na rozwiązywaniu testów psychotechnicznych. Egzamin zdałem pomyślnie i dnia 1 września 1931 roku przyjęty zostałem do tej szkoły.
      W tym roku przyjęta została do tej szkoły rekordowo duża ilość 1500 młodych mężczyzn. Była to trzyletnia szkoła zawodowa. Zakwaterowany zostałem  w nowo wybudowanym internacie, w którym wszystko pachniało świeżością. Dla tak dużej ilości nowo przyjętych, wybudowano w rekordowo, krótkim czasie kilka internatów. Po drugiej stronie ulicy wybudowano w okresie późniejszym kilka internatów dla dziewcząt. W ten sposób powstało miasteczko młodych.
 Byliśmy zgrupowani w 120 osobowych zastępach (po czesku "taborach"). Każdy z zastępców posiadał wychowawcę  - opiekunkę z przygotowaniem pedagogicznym. Pełnił on w pewnym sensie rolę rodzica. Poznawał charakter każdego podopiecznego i pod tym, kontem starał się o jego jak najlepsze wychowanie. Interesował się każdym także poza internatem, w miejscu pracy i w szkole. Polegało to na bieżącym śledzeniu postępów w pracy i w szkole. Przydzielony zostałem do 12-go zastępu, w którym naszym wychowawcą był pan Arnost Horak.
 Przedstawienie i przygotowanie się do nowych warunków życia nie było dla 15 -letniego młodzieńca łatwe i wymagało sporego samozaparcia. Warunki te uległy znacznemu przeobrażeniu i różniły się od domowych. Nie byliśmy rozpieszczani.
 Obowiązywała dyscyplina rzec można półwojskowa. Oto kilka punktów obowiązującego regulaminu: rano pobudka, następnie gimnastyka na wolnym powietrzu, kosmetyka osobista, ścielenia łóżek, ogólne sprzątanie pokoju. Porządek w pokojach był punktowany do konkursu w skali miesiąca. Cisza nocna obowiązywała od 22.00 do 6.00. Obowiązywał zakaz palenia papierosów i picia alkoholu.
 W szkole, oprócz przedmiotów ogólnych i zawodowych, uczono języków obcych: niemieckiego i angielskiego. Oprócz ocen nauczania w szkole oceniane były także praca w fabryce i sprawowanie w internacie. Oceny wpisywane były do świadectwa. W fabryce ocenie podlegały: pilność, jakość wykonywanej pracy, uzdolnienie i odpowiedzialność - w internacie czystość, zmysł dla porządku i gospodarność. Do szkoły uczęszczałem po prac w godzinach wieczorowych od 18.00 - 20.30 oraz w soboty przed południem ( sobota była dniem wolnym od pracy).
 W zakładzie skierowany zostałem, podobnie jak każdy młody mężczyzna, do pracy w warsztacie szkolnym montażu obuwia. Praca w zakładzie trwa 8 godzin z dwugodzinną przerwą obiadową. Każdy przyjęty do szkoły pracy rozpoczynał od produkcji obuwia, bez względu na to, na jakim stanowisku miał ewentualnie w przyszłości pracować. Znajomość fachu obuwniczego była bardzo pomocna przy wykonaniu w przyszłości obowiązków.
 W warsztatach szkolnych montaż obuwia pod okiem fachowych instruktorów nauczyłem się różnych czynności montażu obuwia - na początku były to czynność proste, stopniowo coraz trudniejsze. Pracowałem także w kilku warsztatach montażowych na różnych stanowiskach, był to "najtrwalszy" okres w moim życiu.
 W zakładzie obowiązywał tygodniowy cykl wypłacania wynagrodzeń. Gospodarowanie zarobionymi pieniędzmi należało również do wychowania w internacie. Ocenienie było przez wychowawców i wpisywane do świadectwa. Po pierwszej wpłacie otrzymałem książeczkę rozliczeń wynagrodzenia na okres roku tj. 52 tygodni - równy ilości wypłat. Rozliczenie polegało na podziale wydatków na wyżywienie, usługi, środki dla higieny osobistej, kieszonkowe i inne. Ewentualną nadwyżkę nad wydatkami odkładano mi na konto osobiste w zakładzie, oprocentowane w wysokości 10%. Pieniądze z konta przeznaczone były przeważnie na dokonywanie zakupu kosztowanych przedmiotów.
  W trzecim roku pobytu w szkole rozpoczął się dla mnie okres zmiany pracy, mający na celu poszerzone wiadomości także z innych dziedzin. Wszelkie zmiany podczas uczęszczania do szkoły były inicjowane przez wychowawcę, który posiadał rozeznanie odnośnie zdolności swoich podopiecznych, a także znał zapotrzebowanie na kadrę w poszczególnych komórkach zakładu.
 Najpierw rozpoczęłam pracę w dziale sprzedaży - trwała ona kilka miesięcy. Związana była z działalnością sklepów fabrycznych Baty na terenie CSAR. Podlegała ona na kontroli sprzedaży i zapasów obuwia w sklepach, przeprowadzanej na podstawie tygodniowych sprawozdań, sporządzonych przez kierowników sklepów. Wyniki kontroli przekazywałem kierownikom rejonów do dalszego wykorzystania. W okresie nasilenia zakupów przedświątecznych w grudniu 1933 roku skierowany zostałem do pomocy w charakterze sprzedawcy w domu towarowym należącym do zakładu.
 Następnym zajęciem była praca w laboratorium kontroli produkcji obuwia i środków do jego produkcji. Pracowałem tam do ukończenia szkoły w czerwcu 1934 roku- kiedy otrzymałem świadectwo jej ukończenia. W owych czasach obowiązywało absolwentów tej szkoły zdanie egzaminu przed Komisją Cechu Obuwników Obuwników w Zlinie. Egzamin polegał na sprawdzeniu wiadomości teoretycznych, teoretycznych także na samodzielnym wykonaniu "sztuki", w tym przypadku par obuwia. Egzamin zdałem, na dowód czego otrzymałem świadectwo czeladnika w profesji obuwnik przemysłowy.
 Okres pobytu w szkole nie był wypełniony tylko nauką i pracą, Wolny czas, poza nauką i szkoła, wypełniony był ciekawym programem rekreacyjnym. Były to zawody sportowe o mistrzostwo internatu w różnych dyscyplinach sportowych, wycieczki krajoznawcze, odczyty, filmy itp. W trzecim roku organizowane były kursy tańca towarzyskiego pod kierunkiem zawodowych nauczycieli tańca. W ramach tej nauki uczono nas także towarzyskiego ABC. Partnerkami  w nauce były dziewczęta z żeńskich internatów - szkolenie odbywało się pod okiem wychowawców.
 Po ukończeniu szkoły stałem się absolwentem szkoły Baty ( ABŚ). Zamieszkałem w innym internacie, przeznaczonym dla absolwentów. Obowiązujące tam reguły były nieco łagodniejsze w porównaniu z internatem szkolnym. Mieliśmy również opiekuna, którym był pan Fr. Bendl. Opiekował się on całym internatem. Jego zdaniem sprowadza się do opiekuństwa i doradztwa.
 W lipcu 1934 roku przeniesiony zostałem do pracy w Instytucie Badawczym Garbarstwa w Otrokowicach, gdzie przepracowałem rok. Instytut powstał w nowobudowanym zakładzie w Otrowicach, głownie dla uruchomionej tam garbarni skór, przeniesionej tam głównie ze względu na niedostatek wody z Zlinie, której zużycie w garbarstwie jest duże. Nowy zakład obejmował, poza wymienionymi, także produkcje wyrobów chemicznych, tkanin, tektur, wtórnej skóry i wyrobów potrzebnych do produkcji obuwia. Zadaniem Instytutu było prowadzenie prac badawczych  z zakresu garbowania skór oraz opracowanie technologii produkcji środków do garbowania skór oraz technologii produkcji środków do garbowania skór, które zamierzano produkować. W Instytucie zatrudniono kilka laborantów dla przeprowadzenia analizy nowych środków opracowanych tamże, a także dla kontroli procesów garbowania.
 W połowie roku 1935 przeniesiony zostałem do pracy e laboratorium wyrobów gumowych, uczęszczając równocześnie na szkolenie z zakresu chemii wyrobów gumowych. W nowowybudowanym w tym czasie przez Batę w jego zagranicznych fabrykach, produkcję rozpoczynana zazwyczaj od budowy całogumowego i tekstylno-gumowego. W związku z tym w fabrykach tych wystąpiło zapotrzebowanie na fachowców od tej produkcji. Tak było także  w Chełmku. W związku z tym utworzono grupę absolwentów pracujących w laboratoriach, laboratoriach celu przygotowania ich do pracy. Do tej grupy zostałem również włączony, jako przygotowujący się do objęcia pracy w Chełmku. W laboratorium tym pracowałem do grudnia 1936 roku.
 Po podjęciu pracy w Chełmku, moim zadaniem było zorganizowanie laboratorium, którego tam nie było. Potrzebne maszyny i urządzenia dostarczyła centrala ze Zlina, natomiast aparatura była krajowa. W początkowym okresie laboratorium służyło do obsługi produkcji wyrobów gumowych, w późniejszym okresie zostało przekształcone w laboratorium zakładowe i objęło swoją działalnością także produkcje obuwia skórzanego.
 W marcu 1939 roku powołany zostałem do odbycia zasadniczej służby wojskowej w 23 p.p. w Włodzimierzu Wołyńskim. Po zakończeniu działań wojennych powróciłem w połowie października do Chełmka. Podjąłem pracę w zakładzie w Chełmku. Pracowałem w gumowni jako pracownik fizyczny. Na moje stanowisko w laboratorium został przyjęty Niemiec.
 Po wyzwoleniu (25 stycznia 1945) nadal pracowałem w Chełmku. Do roku 1950 pełniłem funkcję kierownika produkcji wydziału wyborów gumowych. Dla zmniejszenia obciążenia dyrektora technicznego oraz konieczności zwiększenia nadzoru  nad produkcją , również na drugiej zmianie, utworzono stanowiska  asystenta produkcji . Na tym stanowisku pracowałem w latach 1951 - 1956. W 1955 roku uczestniczyłem w uruchamianiu nowego zakładu w Nowym Targu.
 W 1953 roku otrzymałem Nagrodę Państwową zespołową III stopnia w dziedzinie postępu technicznego za opracowanie, przygotowanie i wprowadzenie do produkcji gumy podeszwowej mikrokomórkowej. W 1959 roku ukończyłem zaocznie naukę w Technikum Przemysłu Gumowego w Poznaniu, uzyskując tytuł zawodowego technika - technologów gumowych.         
   W latach 1957-1960 pełniłem funkcję głównego inżyniera ruchu. W latach 1961-1972 kierowałem pracą wydziału przygotowania produkcji. W 1966 powierzono mi funkcję zastępy dyrektora ds. produkcji. Do roku 1966 w zasięgu mojego działania były zagadnienia produkcyjne całego kombinatu łącznie z garbarniami. W tym roku utworzono stanowisko zastępcy dyrektora ds. garbarstwa  i wówczas sprawy garbarstwa przeszły pod jego kierownictwo. Funkcję zastępcy dyrektora pełniłem do jesieni 1974r.
 W roku 1974 przekształcono wydział przygotowania produkcji w zakład badawczo - rozwojowy, którego zostałem kierownikiem. Funkcję te pełniłem do przejścia na emeryturę w 1981 r. Po przejściu na emeryturę zatrudniony zostałem nadal w zakładzie na stanowisku asystenta dyrektora w niepełnym wymiarze czasu. Zatrudnienie w zakładzie zakończyłem w 1991 roku. Od chwili założenia w 1994 roku jestem członkiem Klubu Idei Tomasza Baty w Chełmku.   


 
Józef Balon
Spotkanie z szefem 30 tysięcznej załogi Zakładów Obuwia w Zlinie p. Janem Batą w roku 1936 - refleksje kol. Józefa Balona
 Miało to miejsce ... w czasie przeprawy obiadowej przed jadalnią fabryczną. Szef przysiadł się na trawniku do naszej grupy pracowników, w której i ja byłem. Wypytywał nas o cenę obiadu i jego smaku, o warunkach pracy w zakładzie.
 Jeden z pracowników walcowni gumy pożalił się, ze w okresie upałów znajdujące się prysznice w hali nie wystarczają dla wszystkich. Szef po krótkiej dyskusji, polecił swojemu szefowi opracować dokumentację i wybudować w krótkim czasie przed halą gumownie kabiny z natryskami. Ja po tygodniu po tym spotkaniu, poszedłem pod halę gumowni i zobaczyłem rząd wybudowanych, drewnianych kabin z natryskami.
 Fakt ten utwierdził mnie w przekonaniu, że szef i kierownictwo wymaga dobrze wykonanej pracy, ale też wsłuchuje się i realizuje słuszne wnioski załogi. To spotkanie ... było wskazówkę w mojej pracy, ze indywidualne rozmowy z pracownikami na temat ich dojazdu do pracy, warunków bytowania, warunków pracy - konsolidowały nas i przyniosło lepsze zrozumienie w trudnych sytuacjach w pracy
 Jakie cechy przywiązania do Firmy Bata wyniosłem z Batowskiej Szkoły Pracy w Zlinie
 A oto jeden z przykładów. Miało to miejsce pierwszego dnia wojny we wrześniu 1939 roku. Na apel A.Gabesama, prezesa wybudowanych zakładów obuwia w Chełmku, grupa absolwentów ze Zlina pod kierunkiem kol. K. Wachowiaka podjęła się ewakuacji Wisłą zakładowych galarów maszynami fabrycznymi. Maszyn te miały dojechać do nowobudującej się fabryki w Wólce Gołębskiej pod Puławami.
 Spław galarami  dla nieznanych zasad żeglowania, był pełen niespodzianek. Jeden z galarami na skutek działań wojennych został zatopiony, obok mostu w Gorzowie. Załoga galaru szczęśliwie dopłynęła do brzegu i dołączyła do następnych galarów. Celu na skutek załadowanych mostów nie osiągnięto. Wierność firm i wykazaniem się dużego poświęcenia cechowała nas wychowanków Batowskiej Szkoły Pracy.

 

Edmund Cholewa 
Motto moich wspomnień:
 "Podtrzymywać idee Tomasza Baty w życiu codziennym, a zwłaszcza pozostawione dobra materialne, duchowe i organizacje w Chełmku, Otnęcie, Radomiu i w innych ośrodkach garbarsko - obuwniczych naszefo kraju"
 Wspomnienia absolwenta Batowskiej Szkoły Pracy
Budowa fabryki obuwia w Chełmku na trudny okres międzywojenny, bo najtrudniejszy kryzys światowy. Dla ludności Chełmka i okolic było to szansą i jej ocaleniem przed dalszą bieda. Stopniowo następowały korzystne zmiany i ludzie stawiali sie zamożniejsi. Znikały w tych miejscowościach drewniane chałupy, które były kryte papą i słomą.
Wraz  budową i rozwojem fabryki następowało zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę pracowników. Dyrekcja werbowała młodych i zdolnych chłopców (14,15-letnich), wysyłając ich na kilkuletnie szkolenie do Batowskiej Szkoły Pracy w Zlinie. W roku 1935 zostałem i  ja wytypowany przez prezesa fabryki i skierowany do Czechosłowacji.
 Uczniowie rekrutowali się ze wszystkich zakładów obuwia Baty - z kraju i z zagranicy. Największą liczbę stanowili chłopcy i dziewczęta z Czech i Słowacji. Dziewczyny posiadały oddzielne internaty, szkoły,a nawet miejsce pracy i dyscyplin sportowe. Wszyscy uczniowie i uczennice musieli należeć do poszczególnych sesji wioślarkisch. Zajęcia sportowe odbywały się tylko w niedziele i w święta.  
 Każdy dzień był zajęty pracą i nauka w szkole, podobnie jak i soboty. Szkolenie, sposób wychowania w Batowskiej Szkole Pracy w Zlinie, stwarzały właściwie przygotowanie młodzieży do przyszłej pracy w fabryce i w życiu społecznym.
 Przygotowanie do odpowiedniej pracy przy określanej maszynie było bardzo ważne dla przyszłości ucznia i dla osób kierującym wyszkoleniem. W zakładzie prowadzono bieżącą kontrole jakości pracy, a przełożeni zwracali uwagę na wykonawstwo tej pracy. W szkole oprócz przekazywanej wiedzy teoretycznej dotyczącej zawody, zwracano również uwagę na wygląd zewnętrzny, zachowanie, dobór słownictwa itd. Ze względu na dużą liczbę mieszkańców w internatach (razem ok. 5000 osób), należało utrzymywać wzrokowy porządek w każdym miejscu oraz higienę osobistą. Stosowanie używek w postaci papierosów czy alkoholu było zupełnie zabronione pod rygorem wydalenia ze szkoły. Dlatego z tygodniowych wypłat trzeba się było dokładnie rozliczyć.
 Polska grupa uczniów w latach 1934 - 1938 liczyła ok. 100 osób, rozmieszczonych w różnych ośrodkach produkcyjnych, pomocniczych i administracyjnych, jak w garbarni, w oddziałach pomocniczych produkcji,
w oddziałach rozkrój skór, w oddziałach obróbki elementów, w montażach obuwia, w konstrukcji i modelowania obuwia, w przetwórstwie kauczuków naturalnych do produkcji obuwia, i w administracji.
  Ja początkowo praktykowałem w wytwórstwie obuwia gumowego, a następnie w garbarstwie. Dalsze umiejętności zdobywałem w Chełmku w rozkroju skór na cholewki i gospodarce skórami pod dobrą opieką kierownika Tusznickiego i mistrza B.Śniadka. Następnie będąc już mistrzem w uruchamianym zakładzie obuwia w Radomiu, a z kolei kierownikiem przygotowania produkcji obuwia, rozpocząłem studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Krakowie. Tą uczelnie ukończyłem będąc na stanowisku kierowniczym w Instytucie Przemysłu Skórzanego w Łodzi. Z kolei zostałem przeniesiony na stanowisko dyrektora technicznego w Centrum Zarządzania Przemysłu Skórzanego w Łodzi. Awans na dyrektora resortowego Ośrodka Informacji Naukowej, Technicznej i Ekonomicznej zobligował mnie do ukończenia studiów podyplomowych w Polskiej Akademii Nauk w dziedzinie informacji, kierownictwa i zarządzania.
 Będąc wykładowcą w Politechnice Świętokrzyskiej w Radomiu na wydziale obuwniczym oraz w Wyżej Szkole Sztuk Plastycznych na Wydziale Projektowania Obuwia i Odzieżyh uzyskałem stopień pracownika naukowego - adiunkta. Ponadto brałem czynny udział w rozruchu zakładach produkcyjnych obuwia takich, jak Chełmek, Otmęt, Radom, Nowy Targ, Warszawa, Łódź.
 Mój dorobek naukowy, techniczny i ekonomiczny obejmuje: opracowanie i wydanie książek technicznych zespołowo i osobiście, patenty i wynalazki, tłumaczenia z języków obcych oraz publikowanie wielu artykułów i referatów. W sumie przepracowałem 60 lat zaliczonych do emerytury oraz 8 lat na umowę-zlecenie. Przez cały okres aktywnej pracy starałem się wykorzystywać wiedzę, metody i idee zdobyte w Batowskiej Szakle Pracy, podnosząc jednocześnie swoje kwalifikacje, w celu przekazywania ich naszym następcom.
 W wyniku mojej ponad 60-letniej pracy i osiągnięć zawodowych, naukowych, społecznych, a także w ruchu oporu w czasie II wojny światowej, zostałem wyróżniony dyplomami, wpisami do ksiąg honorowych Ministerstwa Przemysłu Lekkiego, Rolnictwa, miasta Łodzi, związków zawodowych, sportowych, Naczelnej Organizacji Technicznej i Stowarzyszenia Włókienników Polskich oraz odznaki i krzyżem zasługi:
  srebrnym, złotym aż do Orderu Polonia Restituta - kawalerski 1984
  Krzyżem Armii Krajowej, Partyzancki, Walk o Niepodległość Narodową, Akcji Burza i za zasługi dla Komb. R.P. I BMP oraz Inwalidów Wojennych
  Odznaki za zasługi dla pracowników Przemysłu Lekkiego, Miasta Łodzi, Naczelnej Organizacji Technicznej i inne.
  Wpis do Księgi Zasłużonych Techników Miasta Łodzi
  tytuł Waterana Walk o Niepodległość Ojczyzny - patent Nr 47637 2 roku 2002


 
Jerzy Graczyk
Zycie i przebieg pracy zawodowej członka Klubu, grupy rzeszowskiej - Jerzego Graczyka
Urodziłem się 30 września 1928 r. w Koronowie, małym miasteczku niedaleko Bydgoszczy. Od roku 1932 moja rodzina zamieszkała w Chojnicach. Tam też uczęszczałem do szkoły podstawowej polskiej, a podczas okupacji do  szkoły 8-letniej niemieckiej, po ukończeniu, której zostałem zatrudniony jako 14 letni chłopiec w Elektrowni Miejskiej w Chojnicach. Do szkoły zawodowej uczęszczałem po pracy . Po wyzwoleniu mając już pewną podbudowę w zawodzie elektryka, pracowałem w różnych zakładach, doskonaląc swoje umiejętności w tym kierunku - od czeladnika aż do słuchacza Zaocznego Technikum w Katowicach na kierunku budowy maszyn elektrycznych.
 W roku  1955 podjąłem pracę w Bydgoskich Zakładach Obuwia "Kobra: w Bydgoszczy jako elektryk, a następnie pełniący obowiązki głównego energetyka. Zakład ten przechodził w tym okresie gruntowną reorganizację. Wprowadzał ją, pełniący wówczas funkcję głównego inżyniera zakładu, delegowany z Otmętu, znakomity fachowiec i przełożony, Reinhold Lasak.
 Pod jego namową zmieniłem zawód. Zostałem zatrudniony jako mistrz oddziału urządzeń produkcyjnych i równocześnie jako prowadzący zagadnienia związane z postępem technicznym. Zdawałem sobie sprawę z tego, że muszę zaczynać wszystko prawie od nowa. Korzystałem więc z rad wybitnych fachowców, szczególnie z Chełmka, m.in  tych , których nazwiska bardzo często wymienia się w "Biuletynach" naszego Klubu. Wykorzystywałem dostępna literaturę fachową polską i niemiecką oraz materiały opracowane w bratnich zakładach.
 W roku 1960 rozszerzam zakres prowadzonego przez siebie oddziału. Powstaje zupełnie nowa jednostka organizacyjna w zakładzie - Oddział Technicznego Przygotowania, obejmująca całościowe zagadnienia dotyczące oddziału konstrukcyjnego i urządzeń produkcyjnych. Przez cały czas uzupełniałem wiedzę i udoskonalałem pracę w prowadzonym przez siebie oddziale. W roku 1962 zdałem, jako eksternista, egzamin przed Państwową Komisją Egzaminacyjną przy Technikum Przemysłu Skórzanego w Starogardzie Gdańskim i uzyskałem tytuł technika technologii obuwia.     
 W grudniu 1974 zostałem przeniesiony służbowo do CHZO w Chełmie. Zorganizowałem tam Oddział Urządzeń Produkcyjnych i byłem jego kierownikiem. Następnie kierownictwo zakładu powierzyło mi zorganizowanie Oddziału Wzornictwa, którym kierowałem do roku 1978 jako główny specjalista d/s wzornictwa. W międzyczasie uczestniczyłem w zespole redakcyjnym mgr T. Siekiery, redagując część drugą "Poradnika mistrza". W lutym 1978 r. zostałem przeniesiony do nowo budowanego zakładu "RESPAN" w Rzeszowie. w zakładzie tym pracowałem na różnych kluczowych stanowiskach w pionie dyr. d/s produkcyjnych. Zakładem zarządzało prężne kolegium dyrektorskie, któremu przewodniczył wówczas mgr Roman Juda. Zastępcą dyr. d/s produkcyjnych był pełen inwencji i pomysłów nowatorskich ś.p. mgr Tadeusz Siekiera, u którego boku miałem zaszczyt pracować jako jego najbliższy współpracownik i przyjaciel przez ostatnich 13 lat jego działalności w Chełmie i Rzeszowie.  
 W czerwcu 1982 roku powierzono mi kompleksowe przygotowanie rozruchu technologicznego w jednej z hal produkcyjnych w nowo budowanym zakładzie. Dzięki poważnej pomocy bratnich zakładów, usilnych starań  dyrekcji przedsiębiorstwa i ofiarnej pracy naszej wówczas młodej kadry, zamierzony cel udaje sie zrealizować. W tym miejscu należy nadmienić, że inwestycja ta na przełomie lat 1981/82  zostanie wstrzymana i realizacja kontraktów na dostaw maszyn i wyposażenia częściowo wstrzymana.  Zakład ratuje brak 5 milinów par obuwia na rynku krajowym. Z tej też przyczyny pośpiech w uruchamianiu zakładu, produkcja rusza w wyznaczonym terminie tj. 1 września 1982 roku. Zakładem tym kierowałem do końca marca 1983r.
 W kwietniu tego roku przystąpiłem do zreorganizowania warsztatów szkolnych. Przy dużej pomocy dyrektora Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Rzeszowie mgr Józefa Kolbusza udaje się dwuletnią naukę zawodu przedłużyć do trzech lat i zwiększyć stan uczących się z 80 do 240 uczniów. Konkretna realizacja nowo opracowanych programów i wzorowe wyposażenie w maszyny i pomoce naukowe oraz wyniki nauczania, przyczyniają sie do  wydania wysokiej oceny przez władze oświatowe. Za co zakład  zostaje w roku 1984 uhonorowany Medalem Komisji Edukacji Narodowej. Pod koniec tego roku wróciłem ponownie na stanowisko głównego specjalisty d/s wzornictwa.
 Po odejściu w roku 1987 dyr. mgr Tadeusza Siekiery na emeryturę, następuje reorganizacja na stanowiskach kierowniczych w zakładzie, po której wróciłem ponownie na stanowisko kierownika zakładu macierzystego "RESPAN" w Rzeszowie . Za ofiarną i sumienną pracę zostałem uhonorowany odznaczeniami państwowymi, resortowymi, regionalnymi i stowarzyszeniowymi.
 W czerwcu 1990, po przepracowaniu 48 lat, w tym 35 lat w ukochanej branży obuwniczej, przeszedłem na emeryturę. Obecnie od czasu do czasu odwiedzam młodszych kolegów w ich zakładach pracy i pełnię funkcję sekretarza grupy Klubu Idei Tomasza Baty w Rzeszowie.

 

 

Wspomnienia W.Fidyta

Władysław Fidyt
urodzony w Chelmku
Dowódca 1 drużyny 4 kompanii
strzeleckiej 12pp. w Wadowicach
WSPOMNIENIA Z CZASÓW  WALK  Z HITLEROWSKIM NAJEŹDŻCĄ W CZASIE KAMPANII WRZEŚNIOWEJ 1939 ROKU
W dniu 15. 08. 1939 r. powołany zostałem kartą mobilizacyjną do wojska i skierowany do 12 p.p. w Wadowicach, gdzie odbywałem poprzednio czynną służbę wojskową. Po umundurowaniu w Wadowicach zostałem przydzielony do 4 kompanii strzeleckiej jako dowódca 1 drużyny. Obowiązki dowódcy 4 kompanii pełnił porucznik Tadeusz Stefaniszyn, a zastępcę dowódcy kompanii porucznik rezerwy Kazimierz Chmielek. Dowódcą 2 batalionu był kapitan Barys. Po uformowaniu się, kompania została zakwaterowana w Choczni, ja ze swoją drużyną kwaterowałem u gospodarza nazwiskiem Szczur. Przez całe 2 tygodnie przed wybuchem wojny odbywaliśmy ćwiczenia bojowe na polach w okolicy Wadowic. W dniu 1 września tj w dzień wybuchu wojny kompania nasza została załadowana na pociągi około godziny 16-tej odjechała w kierunku Suchej. Pociągiem tym dojechaliśmy do Jordanowi. Po wyładowaniu na stacji w Jordanowi otrzymaliśmy zadanie wyruszenia w kierunku wioski Spytkowice około godziny 22-giej. Działanie to nazywało się wypadem nocnym. Ja wraz ze swoją drużyną otrzymałem zadanie ubezpieczenia kompanii w marszu. Po doprowadzeniu kompanii na przedpola wioski Spytkowice co trwało około 3-ch godzin, zatrzymaliśmy się w wąwozie strumyka w celu otrzymania od dowódcy kompanii szczegółowego zadania bojowego. Po otrzymaniu zadania kompania nasza w sile 2-ch plutonów / trzeci został w odwodzie / uderzyła na wioskę Spytkowice, w której znajdowały się wojska pancerne nieprzyjaciela. Uderzenie to było zaskoczeniem nieprzyjaciela. Żołnierze nasi za pomocą granatów ręcznych, które wrzucano pod czołgi oraz bagnetów na karabinach usiłowali zatrzymać nieprzyjaciela, po krótkiej walce wycofaliśmy się do wąwozu skąd wyszliśmy. Gdy wycofaliśmy się do wąwozu przyszedł nam na pomoc szwadron kawalerii pieszej. Dowódca naszej kompanii i dowódca szwadronu kawalerii postanowili uderzyć na wioskę jeszcze raz. Drugie uderzenie nie powiodło się. Zostaliśmy ostrzelani silnym ogniem karabinów maszynowych nieprzyjaciela i zmuszeni do odwrotu. W czasie drugiego uderzenia został zabity między innymi dowódca kompanii porucznik Tadeusz Stefaniszyn. W 1984 roku w sierpniu odwiedziłem jego grób - jest pochowany na cmentarzu w Spytkowicach. Postawiony ma pomnik, po wojnie został pośmiertnie odznaczony krzyżem Virtuti Militari 5 klasy. Po śmierci por. Stefaniszyna dowódca kompanii został mianowany porucznik Kazimierz Chmielek. Kompania nasza wycofała się do Jordanowi i znajdowała się w odwodzie. W tym czasie dojście nieprzyjaciela do Jordanowi broniły kompanie Obrony Narodowej. Pod osłoną nocy wojska nasze wycofały się do Makowa Podhalańskiego. Po odpoczynku w nocy, rano wycofaliśmy się przez góry do wioski Budzów. W tej wiosce spędziliśmy cały dzień, a było to niedziela 3-go września. Drużyna moja ubezpieczała na wzgórzach wojska znajdujące się w wiosce. Wieczorem wojska nasze wycofywały się w kierunku wschodnim, przeszliśmy przez miasteczko
Sułkowice i nad ranem dotarliśmy do miasta Myślenice. W Myślenicach zajęliśmy pozycję obronną na zboczach wzgórz, nad drogą, która prowadziła w kierunku do Zakopanego. Po okopaniu się, pozycje te utrzymywaliśmy przez cały dzień4 września aż do godzin popołudniowych dnia 5 września. Po południu 5 września pod naporem nieprzyjaciela zmuszeni byliśmy wycofać się do Myślenic, a następnie do Wieliczki, skąd przeszliśmy przez wioskę Bodzanów, Podłęże az do Niepołomic. W Niepołomicach Niepołomicach czasie odpoczynku zostaliśmy bombardowani przez lotnictwo nieprzyjacielskie. Był to już dzień 6 września. Wieczorem tego dnia wyruszyliśmy dalej na wschód. Po przejściu lasów niepołomickich 7 września rano przeprawiliśmy się przez rzekę Rabę, udając się dalej w kierunku wschodnim. Wieczorem tego dnia doszliśmy do miasteczka Brzesko, skąd po krótkiej przerwie udaliśmy się w kierunku Wisły. Maszerując dalej na wschód przeszliśmy rzekę Dunajec, aż dotarliśmy do rzeki Wisłoka. Na lewym brzegu Wisłoki znajdowała się duża koncentracja naszych wojsk, która przez drewniany most przeprawiała się na drugą stronę. Nasza kompania otrzymała między innymi zadanie osłaniać tę przeprawę. Zajęliśmy pozycje obronne na przedpolach wioski, której nazwy nie pamiętam. Przez cały dzień broniliśmy tej wioski, a kiedy w godzinach wieczornych wszystkie tabory przeprawiły się na drugą stronę rzeki zaczęliśmy się wycofywać z zajmowanych pozycji. Kiedy znajdowaliśmy się jeszcze na lewym brzegu most został wysadzony w powietrze przez nasze wojska. Wpław przeprowadziliśmy się na drugą stronę, udając się dalej piaszczystymi drogami przez lasy aż dotarliśmy do Stalowej Woli, następnie do Niska i doszliśmy do rzeki San. Następnie przeszliśmy przez most na Sanie do wioski Ulanów. W lasach za Ulanowem nastąpiła reorganizacja naszych wojsk i tam zatrzymaliśmy się około półtora dnia. Pod wieczór przemaszerowaliśmy w dalszą drogę na wschód do wioski Aleksandrów. W okolicy wioski Aleksandrów na skraju lasu zajęliśmy pozycje wyjściowe przygotowując się do natarcia. O świcie po przygotowaniu ogniowym naszej artylerii ruszyliśmy do natarcia na pozycje nieprzyjaciela, który znajdował się w wiosce w odległościom. 3-ch kilometrów. Nacierając na wioskę musieliśmy przejść przez rzekę Tanew, która była mocno ostrzeliwana przez artylerię nieprzyjaciela z przedpola wioski silnie rażona ogniem karabinów maszynowych. Około godziny 17-tej szturmem zdobyliśmy wioskę. Po zdobyciu wioski drużyna moja została wyznaczona do ubezpieczenia lewego skrzydła wioski. Wioskę tą utrzymaliśmy przez całą noc. Na drugi dzień otrzymaliśmy rozkaz wycofania się do lasu na nowe pozycje. Po krótkiej przerwie maszerowaliśmy dalej na wschód, przeszliśmy przez Górecko Kościelne zdążając do miasteczka Krasnobród. Gdy doszliśmy do Krasnobrodów, miasto było zbombardowane i spalone, leżało tam dużo zwęglonych ciał ludzkich. Maszerowaliśmy dalej piaszczystymi i leśnymi drogami w kierunku Tomaszowa Lubelskiego. Lubelskiego lasach przed Tomaszowem znajdowało się wiele naszego wojska. Tomaszów był już zajęty przez Niemców. W dniu 20 września armia nasza próbowała się jeszcze przebić na wschód nacierając na Tomaszów. Okazało się to już niemożliwe. W dniu tym w godzinach południowych generał Mont, dowódca 6 armii, postanowił zaniechać dalszych walk poddać się. Po stwierdzeniu beznadziejnej sytuacji wycofaliśmy się z powrotem do lasu przed Tomaszowem, tam zakopaliśmy broń i amunicję kierując się z powrotem na zachód. Był to wieczór dnia 20 września 1939 r. Wszystkich jeńców Niemcy skoncentrowali w lesie koło Krasnobrodów, otaczając kordonem i pozostawili na noc. Na drugi dzień o świcie z 3-ma kolegami postanowiłem wydostać się z niewoli, co nam się udało. Idąc przeważnie lasami szliśmy na zachód i dotarliśmy w okolice Rudnika do rzeki San. Ponieważ dalszą podróż w mundurach uważaliśmy za niemożliwą - wymieniliśmy mundury na ubrania cywilne i przeprowadziliśmy się przez San. Doszliśmy do Tarnowa. Tam załatwiliśmy sobie przepustki pociągiem, który wiózł transport naszych jeńców przyjechaliśmy do Płaszowa, skąd dotarliśmy do Krakowa. W Krakowie nastąpiło pożegnanie z dwoma kolegami, którzy tam mieszkali. Z pozostałym kolegą, który pochodził z Lubiąża udaliśmy się pieszo do domu. Dnia 28 września byłem już w Chełmku. Zastałem dom spalony. Na szczęście nikt z rodziny nie zginął. Tak zakończyła się moja epopeja wojenna w roku 1939.
Za długoletnią pracę społeczną w ruchu kombatanckim na wniosek Zarządu Wojewódzkiego ZBoWiD w Bielsku-Białej, uchwałą Rady Państwa z dnia 10.09.1986 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.